Do Pekinu dość łatwo się dostać. Jest on często portem przesiadkowym w drodze do dalszych części Azji. Dzięki temu udało nam się zobaczyć stolicę Chin podczas podróży do Bangkoku.

Dwie przesiadki (w obie strony) po ok 20 godzin to świetna okazja, by zobaczyć najważniejsze punkty na pekińskiej mapie. Może i za krótko by dobrze poznać miasto, lecz z całą pewnością wystarczająco by poczuć klimat chińskiej metropolii.

Zabawa w Chinach zaczęła się już na lotnisku. Turyści z Polski mogą na lotnisku otrzymać bezpłatną wizę, uprawniającą do pobytu przez 48 godzin. Warunkiem jest paszport ważny minimum 6 miesięcy oraz okazanie biletu na dalszą trasę.

Jak się okazało Pekin rządzi się swoimi prawami. W samolocie lecieli prawie sami Polacy, dla których Pekin był jedynie portem przesiadkowym. Mimo to, większość naszych współpasażerów nie została zaszczycona wizą uprawniającą do opuszczenia lotniska.

Zastali odprawieni z kwitkiem. Dlaczego? Chyba Pan przy okienku miał zły humor. Uparcie nam tłumaczył ,że wyjść nie możemy i żadne prawo nam tego nie gwarantuje.

Część podróżnych odpuściło. Znaleźli kilka krzesełek na lotnisku, rozłożyli kocyki i spędzili tak 20 godzin.

My się nie poddaliśmy (na całe szczęście). Po godzinnym boju i kilku kłótniach wypuścili nas z lotniska. No totalny Pekin!

Mała wskazówka: wypełniając kwitek potrzebny do wyjścia na miasto, uzupełnijcie pole z adresem hotelu w jakim macie rezerwacje (oczywiście nikt jej nie ma, bo po co?). Będziecie mieć większe szanse na decyzję pozytywną. Na wizę nie macie też co liczyć, jeśli do wylotu macie mniej niż 6h.

Co zobaczyć w Pekinie w ciągu kilku godzin?

Nasze kroki skierowaliśmy na Plac Tiananmen. Największy plac na świecie robi wrażenie. Jest to niepodważalne must see Pekinu. Jednak to co zobaczycie dalej, wchodząc do Zakazanego Miasta przerasta wyobrażenia. Nie sądziliśmy, że Zakazane Miasto jest tak ogromne!



Gdybym miała wybrać jedno miejsce, które trzeba zobaczyć w Pekinie, byłoby nim właśnie Zakazane Miasto.

Pekin jest stolicą Chin. Wydawać by się mogło, że turystów jest tam masa, więc tubylcy nie będą zwracać na nas uwagi.

Otóż wręcz przeciwnie. Dosłownie wskazywali nas palcami. Co odważniejsi podchodzili i robili sobie z nami zdjęcia.

Jechać do Chin i nie iść na zakupy? Grzech! Trafiliśmy do centrum handlowego. Kilkanaście pięter z … podróbkami!

Tony podróbek. Ubrania, torebki, buty, sprzęty,… Co tylko chcecie. Za 100 zł można mieć Gucciego, Armaniego czy innego Vuittona.

Ja fanką podróbek nie jestem. Wyznaję zasadę, że jak mnie nie stać, to nie będę świecić marką za kilka tysięcy. Poza tym torebki za 3 tysiące zupełnie mnie nie kręcą. Wolę dobrej jakości, skórzaną torebkę, marki krzak, która posłuży mi kilka lat.

Nie mogłam jednak odpuścić sobie wizyty w znanych sieciówkach. Nie jest tajemnicą, że wszystkie duże firmy swoje szwalnie mają właśnie w Chinach. Pomyślałam, że będzie to więc raj cenowy.

Czekała na mnie jednak niemiła niespodzianka. W sieciach Zara, H&M, etc. ceny były wyższe niż u nas. Kurde przecież jestem w Chinach. A jednak… Żeby zrobić zakupy w Pekinie trzeba mieć gruby portfel.

Nieprzyjemną przygodę mieliśmy podczas przejażdżki rikszą. Chcieliśmy jechać do restauracji na kaczkę po pekińsku. Umówiliśmy się z rikszarzem na konkretną cenę jeszcze przed jazdą. Gdy nas wysadzał zażądał 10 razy wyższej kwoty. Zawiózł nas w wąską uliczkę, gdzie czekało kilku jego kolegów.

Było to nasze pierwsze starcie z Azjatami i nie wiedzieliśmy jak się zachować. Czy dać mu kwotę, której żąda czy upierać się przy swoim. Na szczęście poznani w samolocie już weterani, którzy zwiedzili chyba całą Azję, zachowali zimną krew i dzięki temu nie zostaliśmy oszukani.

Trzeba jednak uważać. Turysta to tylko turysta – portfel, kasa, łatwy łup i zarobek.

Zniesmaczeni poszliśmy na upragnioną kaczkę, z nadzieją, że poprawi nam humor i zmieni spojrzenie na Chiny.

Po prawie godzinie oczekiwania, otrzymaliśmy naszą porcję. Kaczka składała się z samej skóry, mocno przypalonej na chipsy. Obok nas Chińczycy zajadali się chrupiącą skórą. My nie mogliśmy się przemóc. Tłusta, słona i przypalona skóra. Tak wygląda to sławna kaczka? A gdzie mięsooo??

Już po fakcie, dowiedziałam się, ze faktycznie był to największy specjał tej restauracji. Rarytas. Kaczki jaką my znamy i sobie wyobrażaliśmy, powinniśmy szukać gdzie indziej.

Pora wracać na lotnisko. Nieco zniesmaczeni chińskimi specjałami i zachowaniem ludzi, wcale nie było nam przykro, że musimy opuścić Pekin.

Pierwsze starcie 1-0 dla Pekinu.

Mur Chiński zostawiliśmy na drogę powrotną z bardzo prostego powodu. Wychodząc z lotniska na „przepustkę” 48 godzinną, można poruszać się jedynie po Pekinie. Nie można opuszczać miasta. Najbliższy fragment muru znajduje się ok 70 km od Pekinu (jest to jeden z najlepiej zachowanych odcinków muru). Stwierdziliśmy, że jeśli złapie nas policja i nas deportują to nic nie stracimy w drodze powrotnej. Prosta kalkulacja.

Zobaczyć Mur Chiński to wyniosłe przeżycie dla każdego podróżnika. Jednak dla Chińczyków jeszcze ważniejsze. Niewiarygodny tłum spacerował po murze. Ludzie krzyczeli, płakali, czołgali się,… co robiło niezwykłe wrażenie.

Po spacerze zgłodnieliśmy. Odcinek muru pod Pekinem jest najczęściej odwiedzany przez turystów, bez problemy więc można tam znaleźć restauracje, noclegi, sklepy. Według zasady – jedz tam gdzie lokalsi – weszliśmy do najbardziej zatłoczonej restauracji.

Nie wspomniałam jeszcze, że Chińczycy baaardzo słabo mówią po angielsku, a większość nie mówi wcale.

Wybierając jedzenie na migi pokazywaliśmy, że chcemy najlepsze danie w knajpie „mniam, mniam chicken kokokooo”.

I dostaliśmy…

Zupę z wystającą kurzą łapką. Mimo głodu nie daliśmy temu przysmakowi rady. Odchodząc od stołu, gdzie stała nietknięta zupa, siedzący obok przy stolikach Chińczycy patrzyli na nas jak na kosmitów. Mniej więcej tak jakby spojrzała na Ciebie babcia, gdybyś nie tknął jej rosołu i sernika.

Przed śmiercią głodową uratowało nas KFC. W najśmielszych oczekiwaniach nie sądziłabym, że w Chinach, zamiast delektować się lokalnym jedzeniem, będę cieszyła się na widok fast fooda, którego w Polsce bym nie ruszyła.

Starczyło nam jeszcze czasu na krótki spacer i kawę.

Zajrzeliśmy więc na targ, na którym znaleźć można było prawie wszystko. Uwielbiam targi, bo to najlepszy sposób na poznanie kuchni, obyczajów i zachowań ludzi. Na chińskich straganach jest niezwykle kolorowo!

Najwięcej gapiów-turystów skupiały stoiska z jedzeniem.

Po bazarowych doznaniach wybraliśmy się na kawę. Mimo dwujęzycznej karty (chiński i angielski) kelner nie był w stanie zrozumieć, co to jest cappuccino. Prawie doprowadził też do tragedii nie rozumiejąc słowa toilet. W pewnym momencie pomyśleliśmy, że robi sobie z nas jaja…

Powrót na lotnisko okazał się jednak największym przeżyciem, doprowadzając mnie prawie do łez. Taksówkarz ni w ząb nie rozumiał co znaczy airport, plane, flight, home, etc… internetu nie mieliśmy. Patowa sytuacja. Pokazałam mu więc bilety lotnicze. „Aaaaa” usłyszeliśmy i na moment odzyskaliśmy nadzieję. Nie na długo. Kierowca zawiózł nas pod siedzibę firmy AirChina… o 23 godzinie! Nie wiem o czym myślał jadąc tam, bo niby po co w nocy jechać do biura?

Robiło się coraz później, a ja za nic w świecie, nie chciałam dłużej zostać w Pekinie! Rozkładałam ręce i udawałam lecący samolot, wydawałam z siebie pomruki silnika, zapinałam i odpinałam pasy, wcielałam się w obsługę lotniska, pilota i stewardessę… Po około pół godzinie aktorskich zmagań, Pan Sprytny zakumał, gdzie ma jechać. Bogu dzięki!

Ostateczny werdykt: 2-0 dla Pekinu.

Pokonał nas i nie dał się polubić, mimo naszych szczerych chęci.

Pomimo, iż pierwszą bitwę z Państwem Środka przegraliśmy, nie poddajemy się i już planujemy kolejne starcie, tym razem z Hongkongiem. Oby był dla nas łaskawszy niż jego kuzyn.

Poprzedni artykułCzy dobry pomysł na biznes wystarczy?
Następny artykułHotel poza światem -Tajlandia
Część! Nazywam się Aneta i jestem maniakalnym odkrywcą! Na moim blogu przeczytasz o podróżach, cudownych miejscach jakie zwiedziłam i poradach podróżniczych. Znajdziesz tu tylko praktyczne porady jak poradzić sobie z prowadzeniem własnego biznesu i jak ciągle udoskonalać siebie. Pracuję na swoim od 6 lat i za nic nie wróciłabym na etat! Najważniejsze dla mnie to pisać bez mydlenia oczu i pokazywania świata w krzywym zwierciadle. Jak coś jest do kitu, to nie ubiorę tego w sukienkę w kwiaty - tego możesz być pewien! Moją miłością są podróże. W wolnych chwilach czytam, nałogowo sprawdzam ceny lotów w wyszukiwarkach, gram w gry planszowe z rodziną i gotuję (choć nie bardzo umiem). Mam jedną misję - obudzić w Tobie odkrywcę!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Wpisz swoje imię