O Singapurze marzyłam od dawna. Nawet nie mogę sobie przypomnieć skąd wziął się pomysł na ten, malutki kraj. Być może wpłynęły na to osiągnięcia singapurskich biznesmenów i matematyków, widok na hotel Marina Bay Sands, różnorodność kultur, nowoczesne lotnisko a może zwykły przypadek.

Jedno wiem, Singapur jest wart odwiedzenia i ma do zaoferowania bardzo wiele.

Właśnie mijają dwa lata od naszej magicznej podróży do Azji. To właśnie wtedy odwiedziliśmy Miasto Lwa.

Zacznijmy od tego, że Singapur jest świetną bazą wypadową. Jest również doskonałym miejscem przesiadkowym. Tym bardziej, że od zeszłego roku nasz polski LOT wypuścił bezpośrednie połączenia.

Pewnie jest to główny powód wielu wpisów blogowych ” Singapur w 24 godziny” bądź „Singapur w 2 dni”. I my się tym zasugerowaliśmy, mimo, iż Singapur był naszym, jednym z trzech, miejsc docelowych. Byliśmy tam zaledwie dwa dni. Opuszczając miasto bardzo żałowaliśmy, że nasza wizyta była tak krótka!

Powiedzieć, że Singapur nas zauroczył to niedomówienie. Byliśmy zachwyceni i wręcz omamieni tym miejscem. Na każdym kroku krzyczałam do Roberta „A zobacz tam!”, „o! a tam!”, „Niezwykłe”, „Przepiękne”, „Magiczne!” Tytuł wpisu najbardziej oddaje nasze wrażenia z pobytu. Czuliśmy się jak na planie filmowym, gdzie każdy krzaczek, ławeczka, kwiatek czy człowieczek wbity w krajobraz, są zaplanowani do perfekcji.

Singapur w pigułce

Singapur jest niezwykle ciekawym miejscem. Jest zarówno państwem, miastem i stolicą. Na świecie są tylko trzy takie kraje (poza Singapurem jest to Monako i Watykan).

Singapur jest drogi. Bardzo drogi. Niejednokrotnie był na szczycie rankingów najdroższych miejsc na świecie. I powiem Wam, że to widać na każdym kroku. W powietrzu wisi jakaś aura bogactwa i sukcesu. Ludzie są piękni, uśmiechnięci, ubrani w ciuchy od światowych projektantów. W Singapurze jest też największy odsetek milionerów na świecie. Co 36 mieszkaniec Singapuru jest przynajmniej milionerem. Co jest tego przyczyną? Na pewno to, że jest to jedno z najważniejszych centrów finansowych świata. Edukacja w Singapurze stoi na bardzo wysokim poziomie. Uczelnie ścisłe i ekonomiczne są cenione na całym świecie. Co ciekawe jakby zebrać studentów z Cambringe i Oksfordu, okazałoby się, że najwięcej pochodzi ich z Chin. Drugie miejsce ma właśnie Singapur! Dla jasności… Ludność Chin wynosi 1,386 miliarda a Singapuru 5,6 miliona!

Singapur to jedna duża wyspa i 63 małe wysepki. Większość z nich jest niezamieszkałych i są pokryte lasem tropikalnym. Sezon jest tam w zasadzie zawsze. Od listopada do lutego trafimy na porę deszczową. Nie ma jednak powodów by się jej bać. Deszcze są intensywne ale raczej przelotnie. My zwiedzaliśmy miasto na początku lutego i nie zobaczyliśmy nawet jednej kropli deszczu. Możecie być przygotowani na prawdziwie tropikalną aurę!

To co wyróżnia Singapur to wielokulturowość. Jest to niezwykłe, bo wszyscy żyją w wręcz idealnej symbiozie, co potwierdza fakt, że jest tu najwięcej multikulturowych małżeństw. Singapur zamieszkuje najwięcej Chińczyków, Malezyjczyków i Hindusów. Również wielu Europejczyków zdecydowało się na osiedlenie w tym niezwykłym kraju. Mogłoby się wydawać, że pomieszanie tak wielu kultur i religii to mieszanka wybuchowa. Jednak nie tu. Konsekwencją tej różnorodności jest na przykład pyszne jedzenie! Możecie spróbować tu dosłownie wszystkiego! Związany jest z tym również język. Jednym z urzędowych jest angielski. Jednak ze sprawną komunikacją może mieć problem nawet rodowity Anglik. Mieszkańcy potocznie swoją „odmianę” angielskiego, nazywają „Singlish”.

Singapur jest bardzo bezpieczny. Sławne na całym świecie są rygorystyczne przepisy, takie jak zakaz jedzenia w transporcie publicznym czy zakaz żucia gumy! Skąd się wziął pomysł? Jedni twierdzą, że turyści zaklejali gumą kamery w metrze, co niejednokrotnie doprowadzało do paraliżu. Słyszałam również teorię o zaklejaniu gumą drzwi do pociągów, przez co były uszkadzane. Najpewniej powód jest dużo bardziej oczywisty. Chodziło o czystość! Jeżeli byliście w jakimś kraju, gdzie żar leje się z nieba, przez większość roku, na pewno wiecie jak wyglądają chodniki zaklejone gumami do żucia i jak mogą skutecznie uprzykrzyć życie. Singapur jest aż do przesady czysty. Na każdym kroku możemy natknąć się na tabliczki informacyjne, co nam grozi za palenie, sikanie czy plucie na ulicę. A kary są na prawdę duże!

Nie tylko kary pieniężne przerażają. Za przemyt narkotyków grozi kara śmierci. Za niektóre wykroczenia nie tylko grozi więzienie, ale również chłosta.

Państwo dba nie tylko o porządek. Singapurczycy mają wiele przywilejów, których nie mają przyjezdni. Jest wiele programów rządowych, dzięki którym dostają spore zapomogi, mogą dużo taniej kupić lub wynająć mieszkanie. Aby obcokrajowiec mógł kupić mieszkanie, musi mieć list polecający od singapurczyka. Kobiety są jeszcze bardziej uprzywilejowane. Mają nawet swoją Kartę Kobiet. Nie daj Bóg, żebyście dotknęli jakąś kobietę bez jej zgody! Możecie trafić nawet do więzienia. W klubach lepiej tańczcie z podniesionymi rękoma 😉

Najbardziej zaskakujący dla mnie był fakt, że w Singapurze nie ma wron! Powodowały one wiele zniszczeń, dlatego zostały wybite. Podobno rząd dawał nagrody mieszkańcom za każdą martwą wronę.

Singapur – zwiedzanie

Do Singapuru przylecieliśmy z Krabi. Ceny biletów były bardzo atrakcyjne, kosztowały ok 200 zł. – zamawialiśmy je przez wyszukiwarkę Skyscanner, z ok. 3 miesięcznym wyprzedzeniem.

Już samo lotnisko robi wrażenie. Jest świetnie przygotowane. Mimo, że jest bardzo duże, jest też doskonale oznaczone. Port Changi uważany jest za jedno z najważniejszych lotnisk Azji. Wielokrotnie dostawało miano najlepszego na świecie. Poza dobrą obsługą jest po prostu bardzo ładne i czyste.

Do hotelu pojechaliśmy taksówką. Już po drodze w oczy rzucała się niezwykła czystość na ulicach. Fakt, że do Singapuru trafiliśmy prosto z Tajlandii, pewnie wzmagał jeszcze efekt.

Gdy wpiszecie tylko w wyszukiwarkę „Singapur” najpewniej zobaczycie zdjęcie hotelu Marina Bay Sands. Jest to wizytówka miasta. Gdy tylko zobaczyłam ten hotel, wiedziałam, że mogę noc w Singapurze spędzić tylko tam!

Hotel jest niezwykły. Na trzech wieżach ulokowany jest ogromny taras w kształcie łodzi. To właśnie na tej łodzi, na 57 piętrze, umiejscowiony został największy na świecie basen bez krawędzi na dachu. Na tarasie znajduje się jeszcze ogród, restauracja i drink bar.

Z basenu korzystać mogą jedynie goście hotelowi. To właśnie dlatego zdecydowaliśmy się wydać nieco więcej dolarów na nocleg. Gdybym znów zawitała do Singapuru, z całą pewnością nocowałbym tylko tam. Turyści, którzy nie są gośćmi hotelu, mogą wjechać na taras widokowy za opłatą, bądź przyjść na drinka do drink baru. Ceny napojów zaczynają się od ok. 40 złotych, za kolorowego drinka z parasolką trzeba zapłacić około 150 złotych.

Widok z basenu jest niezwykły. Jest to przeżycie, które zostaje w pamięci na zawsze!

Pokój dwuosobowy ze śniadaniem kosztował nas 1293 złote. Rezerwacje robiliśmy za pośrednictwem serwisu booking.com z trzymiesięcznym wyprzedzeniem, dzięki czemu zaoszczędziliśmy ok 600 złotych. Standardowa cena za pokój to ok. 1900 złotych. Tragedii wiec nie ma, a widok i przeżycia niezapomniane!

Większość singapurskich atrakcji, znajduje się w sąsiedztwie hotelu. Bezpośrednio z niego traficie do bajkowego miejsca jakim jest Gardens by the Bay. 50 metrowe sztuczne drzewa robią oszałamiające wrażenie. Od razu skojarzyły się nam z Avatarem. Jak się okazało nie tylko nam. Spacerując usłyszeliśmy komentarz jednej z turystek „Naprawdę tu jest jak w Avatarze!”. Drzewa te wytwarzają energię, potrzebną całemu ogrodowi. Znajdują się tu również urocze alejki, rzeźby, wodospady, piękne kwiaty. Stu procentowe Must See! Wejście do ogrodu jest darmowe. Za opłatą można wdrapać się na jedno z drzew i pospacerować w ich koronach, po łączących je mostkach.

Garden by the Bay
Garden by the Bay na tle hotelu Marina

Przed hotelem Marina Bay Sands znajduje się bardzo ciekawy architektonicznie teatr – Theatres on the Bay. Swoim kształtem przypomina Duriana – śmierdzący, ale w smaku całkiem niezły, narodowy owoc Singapuru.

W te rejony warto zajrzeć wieczorem. Codziennie o 20 i 21.30 nad hotelem zobaczyć można cudowny pokaz wody i światła, który trwa 15 minut. W weekendy jest on dodatkowo pokazywany również o 23.

Symbolem Singapuru jest Merlion. Główny posąg znajduje się w Merlion Park. Marlion ma twarz lwa i ciało ryby a z pyska leci mu woda. Nazwa oznacza mer- morze, lion- lew. Również sama nazwa Singapur jest znacząca. Z wczesnego, indyjskiego języka, singa to lew, a pura miasto. Dlatego też Singapur jest często nazywany Miastem Lwa. Ryba natomiast nawiązuje do historii Singapuru, kiedy to ludność żyła głównie z rybołówstwa. Drugi ogromny Merlion, znajduje się na wyspie Sentosa.

Merlion na Sentosie.

W pobliżu znajduje się biznesowa dzielnica – Raffles. Wysokie wieżowce, drapacze chmur, siedziby największych korporacji światowych i banków. Warto zajrzeć tam i zobaczyć to jedno z największych centrów finansowych.

Singapur – dzielnica biznesowa

Kolejnym punktem zwiedzania było Chinetown. Choć czystość odbiega już od singapurskiej normy, to i tak w porównaniu do chińskich dzielnic w innych zakątkach świata, panuje tu porządek.

Główna ulica jest niezwykle klimatyczna. Mnóstwo sklepików, street food, knajpki, lampiony i cała gama kolorów! Chińczycy właśnie zaczynali świętować nowy rok – koguta, czego nie dało się nie zauważyć.

Chinatown

Do Chinatown warto wybrać się na obiad. Jedzenie jest wyśmienite, a ceny dużo niższe niż w singapurskich restauracjach. Bardzo smacznie i w dobrej cenie możecie zjeść, np. w Maxwell Food Centre. Jest to cały kompleks , gdzie mieści się mnóstwo małych knajpek. Jest bardzo tłoczno ale i klimatycznie.

W dzielnicy znajduje się przepięknie zdobiona, najstarsza, hinduska świątynia Sri Mariamman.

Sri Mariamman

Warto również zajrzeć do Świątyni i Muzeum Zęba Buddy.

Nasz czas był bardzo ograniczony. Dlatego wielu atrakcji, które planowałam nie zdążyliśmy zobaczyć. Zachęcam, żebyście odwiedzili również dzielnice Little India, przepłynęli się statkiem, z którego można podziwiać, ponoć niezwykłą panoramę miasta i zajrzeli do jedynego na świecie nocnego zoo. Mało kto wie, że w Singapurze możemy odnaleźć również polskie akcenty. W ogrodzie katedry Dobrego Pasterza znajduje się pomnik papieża Jana Pawła II, a w ogrodzie botanicznym spotkamy Fryderyka Chopina.

Singapur – Sentosa

Kolejny dzień spędziliśmy na szalonej wyspie zabawy – Sentosie.

Pierwsze wrażenie – raj dla dzieci!

Na Sentosie znajduje się Universal Studio, Akwarium, które jeszcze do niedawna było największe na świecie (wyprzedziło go m.in. akwarium w Dubaju), parki wodnej rozrywki i wiele innych atrakcji.

Sentosa to sztuczna wyspa, na którą dostaliśmy się kolejką, z której widoki były nieziemskie i zapowiadały niezłą zabawę,

Sentosa

Na Sentosie spędziliśmy kolejną noc. Hotel był przepiękny. Z czystym sumieniem mogę więc polecić – Resort World Sentosa -Equarius Hotel. Przestronne pokoje, wykończone z niezwykłą starannością (nawet krytyczne oko Roberta podziwiało jakość wykończenia). Cena za nocleg dla dwóch osób ze śniadaniem to 782 złote.

Dla osób z nieco grubszym portfelem, hotel przygotował imponujące apartamenty z prywatnymi basenami.

Hotel leży na bardzo dużym terenie z perfekcyjnie utrzymanym ogrodem.

Singapur spokojnie może konkurować ze Szwajcarią w kwestii precyzji i dokładności. Widać to w transporcie publicznym, czy właśnie w hotelach. Nie wiem jak to możliwe, że obsługa pojawiała się w ułamku sekundy. Poziom obsługi jest niebywały! Przemiły hotelowy Concierge, wpuścił nas tylnym wejściem do Aquaparku. Nie wiem czy to normalne, czy po prostu nas polubił. Był on rodowitym singapurczykiem. Chcieliśmy poznać więc jego zdanie o kraju, który tak bardzo nas zachwycił. Jego słowa pokazały nieco inną stronę medalu. Opowiedział o bardzo dużych wymaganiach i konieczności posiadania wysokich kwalifikacji. Powiedział, że Singapur tak szybko się zmienił, że starsi singapurczycy żyją w ciągłym niepokoju. Boją się że ta bańka pęknie. Raj jaki stworzono na tym skrawku ziemi, jest dla nich nierealny i wręcz sztuczny.

Życie w miejscu idealnym, jak się okazało, wcale nie jest takie proste. Nam turystom, którzy przyjeżdżającym , by chłonąć tylko to co najlepsze, ciężko to czasem zrozumieć.

Połowę dnia spędziliśmy w parku wodnym, z mnóstwem atrakcji dla małych i dużych. Przez chwile poczuliśmy się jak dzieci.

Sentosa

Na Sentosie można się nieźle zabawić ale i odpocząć. Piękna, szeroka i długa plaża sprzyja wygrzewaniu się na słońcu. Cudownie biały piasek, sprowadzany jest Malezji, ale kogo to obchodzi? 😉

Plaża na Sentosie

Zbliżał się już wieczór i pomału musialiśmy się żegnać z pięknym Singapurem. Udaliśmy się jeszcze na spacer po Sentosie. Cała wyspa mieniła się tysiącem kolorów. Pokazy sztucznych ogni, gra świateł, muzyka. To codzienność na wyspie.

Póki co, Singapur jest naszym numerem 1! I choć nie lubimy wracać w te same miejsca, oboje czujemy, że tam zostawiliśmy kawałek siebie. Nie odkryliśmy wszystkiego i nie zdążyliśmy się nacieszyć.

Jak pisałam na początku, Singapur to świetny port przesiadkowy do innych krajów Azji bądź Australii. Jeśli będziecie mieli okazję spędzić tam choć jeden dzień, po prostu to zróbcie!!

Przepraszam za słabą jakość zdjęć. Były robione telefonem i to nie najnowszej generacji. Kartę pamięci z lepszymi zdjęciami, zgubiliśmy niestety na Bali.

Mam dla Was jeszcze jedną niespodziankę. Jeżeli zamówicie nocleg na booking.com przez ten link, otrzymacie po powrocie 50 zł zwrotu, ja również otrzymam od serwisu tyle samo za polecenie.

Dajcie znać jakie Wy macie wspomnienia z Singapuru.

Do następnego!

Poprzedni artykułProste sposoby na zwiększenie wydajności w pracy.
Następny artykuł33 lekcje dla początkujących przedsiębiorców
Część! Nazywam się Aneta i jestem maniakalnym odkrywcą! Na moim blogu przeczytasz o podróżach, cudownych miejscach jakie zwiedziłam i poradach podróżniczych. Znajdziesz tu tylko praktyczne porady jak poradzić sobie z prowadzeniem własnego biznesu i jak ciągle udoskonalać siebie. Pracuję na swoim od 6 lat i za nic nie wróciłabym na etat! Najważniejsze dla mnie to pisać bez mydlenia oczu i pokazywania świata w krzywym zwierciadle. Jak coś jest do kitu, to nie ubiorę tego w sukienkę w kwiaty - tego możesz być pewien! Moją miłością są podróże. W wolnych chwilach czytam, nałogowo sprawdzam ceny lotów w wyszukiwarkach, gram w gry planszowe z rodziną i gotuję (choć nie bardzo umiem). Mam jedną misję - obudzić w Tobie odkrywcę!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Wpisz swoje imię