Zamykając oczy, wyobrażałam sobie domki na wodzie.

Malediwy, Polinezja Francuska. Długi pomost, a przy nim domki unoszące się na błękitnej wodzie. Z pięknym, rozłożystym tarasem, drobinką do zejścia do wody, miejscem do cumowania dla prywatnego jachtu. Ogromne łóżko z baldachimem i łazienka z prysznicem na dworze.

Tak było jeszcze kilkanaście dni temu.

Dokładnie do momentu, gdy wylądowałam w polskiej wersji domku na wodzie.

Gdy teraz zamykam oczy, widzę zupełnie co innego…

Ale zacznijmy od początku.

Co rok w wakacje bierzemy mojego tatę, zapalonego wędkarza i jedziemy na ryby. Robert z tatą całe dnie przesiadują na pomoście, ja jeżdżę na rowerze, piszę i nadrabiam wszystkie czytelnicze zaległości. Wieczorami wyciągamy karty, gry planszowe i kości.

Lubię te wyjazdy, bo są zupełnie inne niż nasze dalekie podróże. Tutaj mogę naprawdę odpocząć. Nie myśleć o planie dnia. Nie zerkać co chwilę w mapę i nie sprawdzać godziny, bojąc się, że zamkną najważniejszą atrakcję turystyczną, którą po prostu MUSZĘ zobaczyć!

Te chwile kojarzą mi się z totalnym relaksem. Takim na 100 %. Mogę wylegiwać się w łóżku. Leniwie zjeść śniadanie, posłuchać audiobooka na leżaku i spędzić  tak czas, aż do zachodu słońca.

W tym roku mieliśmy po czym odpoczywać. Najpierw Francja i Włochy, przez które dosłownie przemknęliśmy, żeby zobaczyć ile tylko się da. Potem Hongkong, Makau i Tajwan. Dziesiątki przemierzonych kilometrów, bóle kręgosłupa i nóg, zajechane obuwie i schodząca skóra.

Piętnaście godzin w samolocie w drodze powrotnej, przeżyłam jedynie dzięki myśli, że jutro odpocznę. Będę się delikatnie bujać w domku na wodzie i pisać dla Was relacje z podróży.

Domki na wodzie znaleźliśmy przez internet. Już jakiś czas temu oglądałam zdjęcia i wiedziałam, że na pewno tam pojedziemy. Wyglądały bosko! I co najważniejsze, to raj dla mojego taty, który w zasadzie z pokoju, mógł zarzucać wędkę.

Pół roku temu zadzwoniliśmy, by zarezerwować domek. Wszystkie zajęte – usłyszeliśmy przez telefon. Rezerwacje są już na przyszły rok! Właściciel jednak dał nam nadzieję, bo nie otrzymał jeszcze zaliczki od gości, którzy zamówili „ten większy i nowocześnie wyposażony domek”. Po kilku dniach zadzwonił, że domek jest nasz! Zwycięstwo!

Rano przed wyjazdem zrobiliśmy zakupy na cały tydzień pobytu. Chłopaki mieli wędkować, a ja po takim czasie bez gotowania, z przyjemnością zaoferowałam, że będę ich żywić, by z głodu nie powpadali do jeziora. Chodzić po sklepach nikt z nas zamiaru nie miał.

Wyjechaliśmy po południu, więc dojeżdżaliśmy jak się już ściemniało. Droga przez las – super – pomyślałam – będę miała gdzie jeździć na rowerze.

Jednak droga ta ciągnęła się przez 8 km. W ciemności, w której było widać jedynie świecące się w krzakach ślepia i co jakiś czas wyskakującą sarnę samobójczynię.

No jeździć to ja tu sama nie będę na pewno!

Nadzieja umiera jednak ostatnia, więc wciąż wierzyłam, że zaraz moim oczom ukarzą się urocze domki z tarasami na wodzie i wynagrodzą mi ciemną drogę przez las, na której nietrudno zgubić kilka części samochodu.

Gdy tylko podjechaliśmy, już wiedziałam, że to nie będzie domek z moich marzeń…

Domki bez żadnej duszy, ciemne i nieco przerażające. Wejścia na „teren prywatny” broniła samotna furtka na kiwającym się, nierównym pomoście, którą potem z łatwością obchodziłam jednym krokiem, gdy zapominałam kluczy. Błagalnie spojrzałam na telefon, ale i on odmówił współpracy pokazując zero kresek zasięgu…

…Welcome to ZADUPIE!

Pierwsza myśl, gdy gospodarz otworzył przed nami drzwi – Gdzie ja pomieszczę wszystkie nasze rzeczy!?

Lodówka pomieścić mogła co najwyżej zaopatrzenie dwudniowe, zamrażarki w zasadzie nie było. Blat w kuchni był na tyle duży, że mogłam postawić na nim garnek i nawet nie spadał. Szafki trzy na krzyż.

Przy samym aneksie stała sofa, która po rozłożeniu niemal dotykała kuchennych frontów. Mały stolik, 4 krzesła, z czego jedno musieliśmy wystawić przed domek, by jako tako funkcjonować. W sypialni zmieściło się jedynie łóżko. Miejsce na ubrania znajdywało się w szafie, w której nie było półek a jedynie kilka wieszaków. Każdy kąt zagospodarowany. Niby roztropnie, ale gdzie do cholery mam postawić walizkę!?

I żebyście nie myśleli sobie, że aby zaoszczędzić wpakowaliśmy się we trójkę do domku, który takiej ilości pomieścić zwyczajnie nie był w stanie! W ogłoszeniu domek był 4 osobowy!

Jednak nie to było najgorsze. Kulminacja nastąpiła po prysznicu. W łazience kibelek, umywalka, ale gdzie prysznic? Ze ściany obok umywalki wystawała jedynie słuchawka. Zamysł był taki, by biorąc prysznic, woda ściekała na część łazienki wygrodzoną w połowie drewnianą deseczką i dalej do odpływu. Coś poszło jednak nie tak. Jakiś geniusz Bob budowniczy nie do końca przemyślał sprawę i spadek na podłodze zrobił w złą stronę. Bezradna deseczka nie miała szans z litrami napierającej wody i przepuszczała ją po całej łazience. Po kąpieli pomieszczenie wyglądało bardziej jak brodzik dla niemowlaków niż łazienka…

Jedyną rzeczą, która mnie zachwyciła, było panoramiczne okno, wprost na jezioro. Widok nieziemski.

Pamiętajcie jednak, że nasz domek był „ten większy i nowocześnie wyposażony”. Chatka obok mieściła ten sam zestaw co u nas, jednak wszystko to znajdowało się w jednym pokoju, pomniejszonym o parę metrów! Małżeństwo, które tam nocowało miało przyjechać z 18 letnim synem. Gdy zobaczyli warunki, docenili syna, który wolał pod nieobecność rodziców zrobić z mieszkania osiedlową imprezownię.

Ostatniego dnia, gdy się pakowaliśmy, do domku obok przyjechała nowa rodzina. Gdy zobaczyłam jak wynurzają się z samochodu parsknęłam śmiechem. Dwie pary, pokaźnych rozmiarów osobników, które w te wakacje, prawdziwie poczują swoją bliskość i zacieśnią rodzinne więzi.

Pomyślałam wtedy, że najwyraźniej nie tylko my nabraliśmy się na zdjęcia i opis ze strony. Co oznacza, że istnieje duża szansa, ze nie jesteśmy głupkami niepotrafiącymi czytać ze zrozumieniem!

A co można przeczytać na stronie?

„Wykonany w nowoczesnym stylu”

– co oznaczać miało – umeblowany najtańszymi materiałami z Ikei.

„Całość wieńczy 13 metrowy taras…”

– Bóg mi świadkiem, że szukałam tego tarasu! Jakimś cudem jednak zniknął!

„… na którym można postawić leżaki lub ułożyć wędki”

– gdyby był to pewnie by było można… Zakładając jednak, że pomost był tym tarasem – każdy mój krok powodował szybsze bicie serca taty, w obawie przed zrzuceniem wędek do wody. No i jeszcze te leżaki… Całe dwa, małe, stare i spleśniałe. Tych leżaków do dziś przeżyć nie mogę, bo były tylko potwierdzeniem, że gospodarza interesuje jedynie zarobek.

„Łazienką z prysznicem”

– jeżeli sama słuchawka to to samo co prysznic, to ok.

„Zaprojektowany każdy mm przestrzeni”

– z tym zgodzić się musze na 100%.

„Czujemy nieograniczoną przestrzeń”

– więcej przestrzeni to ja czułam w pokojach hotelowych w Tokio.

„Na plaży jeziora przy pomostach domków znajduje się teren rekreacyjny, stoliki i ławki”

– trzeba mieć niezłą wyobraźnię, by wypaloną trawę i połamaną ławkę nazwać terenem rekreacyjnym…

Nie ujmując gospodarzowi, który jest przemiłym człowiekiem – z opisem w internecie przegiął, a z ceną już całkiem popłynął…

No właśnie cena, bo o niej nie wspomniałam jeszcze ani słowem.

Swoją drogą jestem bardzo ciekawa, ile byście byli w stanie zapłacić za takie warunki.

Ja też się nad tym zastanawiałam. Jaka cena byłaby uczciwa. Jaka byłaby na tyle wysoka, by pokryć koszty i dać zarobić właścicielowi. I na tyle niska bym i ja wyjechała zadowolona.

Doszłam do wniosku, że maksymalną kwotę jaką bym mogła zapłacić za te warunki jest 200 zł za dobę. Przy maksymalnym obłożeniu dawałoby to miesięcznie 6 000 zł. Nieźle prawda?

Ale nie, nie, nie! Koszt domku to przecież nie 200 zł za dobę a 450!!  W dodatku w promocji.

Docelowo właściciel chce wybudować kolejnych kilkanaście domków. Koszt jednego wyliczył na 130 000 zł. Przy założeniu, że domek hula ok. 4 miesięcy w roku, zwrot z inwestycji nastąpi nieco po ponad 3 latach! Dla tych co nie bardzo orientują się na rynku, powiem tylko tyle – biorę w ciemno!

Reasumując. Hit czy kit?

Dla inwestora -hit, jakiego ze świecą szukać na polskim rynku.

Dla wędkarzy, których nie interesują warunki, również hit. I byłabym niesprawiedliwa, gdybym nie wspomniała, że mój tata był zachwycony! Na dobrą sprawę, nie musiał nawet wychodzić z łóżka, by zarzucić wędkę. I cena nie grała dla niego roli.

Dla mnie niestety był to kit.

Najgorsze, że byłam zła sama na siebie. Że nie sprawdziłam opinii w sieci, nie dopytałam o warunki, nie sprawdziłam na mapach google jak wygląda otoczenie.

I choć już wiele razy w podróży przekonałam się, że rzeczywistość ma się nijak do zdjęć z Instagrama i naszych wyobrażeń, to za każdym razem jest mi po prostu przykro.

zapaleni wędkarze 🙂
samotna furtka broniąca nas przez ciekawskimi ludźmi i dzikimi zwierzętami. A może to było na odwrót?
Poprzedni artykułOczyszczanie z Clean 9 – Dzień 9 + wyniki!
Część! Nazywam się Aneta i jestem maniakalnym odkrywcą! Na moim blogu przeczytasz o podróżach, cudownych miejscach jakie zwiedziłam i poradach podróżniczych. Znajdziesz tu tylko praktyczne porady jak poradzić sobie z prowadzeniem własnego biznesu i jak ciągle udoskonalać siebie. Pracuję na swoim od 6 lat i za nic nie wróciłabym na etat! Najważniejsze dla mnie to pisać bez mydlenia oczu i pokazywania świata w krzywym zwierciadle. Jak coś jest do kitu, to nie ubiorę tego w sukienkę w kwiaty - tego możesz być pewien! Moją miłością są podróże. W wolnych chwilach czytam, nałogowo sprawdzam ceny lotów w wyszukiwarkach, gram w gry planszowe z rodziną i gotuję (choć nie bardzo umiem). Mam jedną misję - obudzić w Tobie odkrywcę!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Napisz swój komentarz!
Wpisz swoje imię